Dwudniowe Roztoczańskie Leczenie Ducha

mlynki

Prawdę mówiąc sam nie wiedziałem dokładnie po co miał być ten wyjazd. Najpierw głośno zapowiedziałem, że udaję się w sobie tylko znany kawałek Roztocza po to by... poleżeć w trawie. Chciałem nawet zaprosić współleżących, ale nie było chętnych... Z myślą o takiej beztrosce wsiadałem do pociągu, uplasowywałem się wraz z moim archaicznym rowerem w stosownym wagonie. Ot, dojechać do Suśca, odskoczyć kawałek w górę Tanwi, zaszyć się i tak zaszytym leżeć...

Jakiś złośliwy chochlik szepnął mi do ucha: sięgnij po mapę. Sięgnąłem. I w chwilę później, w mojej biednej, skołatanej codziennością łepetynie, pojawiły się plany będące zaprzeczeniem powyższego. Czegóż to ja nie chciałem... w ciągu trzydziestu godzin zjeździć rowerem pół Roztocza Środkowego i trzy czwarte wschodniego. Rosłem w swoich oczach a moje możliwości i kondycja wydawały mi się nieograniczone...

Ostatecznie aura zweryfikowała i te plany. W końcowym rozrachunku trasa wyglądała tak: Stacja kolejowa w Suścu - młyn przy Morskim Oku - Rybnica (i tu drugi młyn) - Korkosze - Huta Szumy - Młynki (trzeci młyn!) - Łozy - nocleg nieopodal zachodniej granicy rezerwatu Bukowy Las - Domek Antoniego - Huta Różaniecka - Susiec - Oseredek - Błudek i powrót do Suśca. No i oczywiście podróż pociągiem w obie strony. Miejsca w większości znane i lubiane. Jedno zauroczyło mnie szczególnie: Młynki koło Narola (w zasadzie część Narola). Legenda głosi, że chociaż młyny wodne to diabelski wynalazek, to jednak fakt, iż służyły one ludziom, a nie czartom zawdzięczamy św. Marcinowi. To by tłumaczyło moją fascynację tymi drewnianymi budowlami czerniejącymi tu i ówdzie nad bystrymi wodami potoków. O ile te w Suścu i Rybnicy były mi już doskonale znane, to młyn w Młynkach widziałem po raz pierwszy. I wiem jedno - bardziej oczarowała mnie tylko B. pewnej sylwestrowej nocy kilkanaście lat temu. Skutkiem czego dziś muszę każdorazowo prosić o przepustkę, gdy chcę na Roztoczu ducha podleczyć. Nie, niczego nie żałuję. W ten sposób uczę się cenić zarówno bezwarunkową miłość mojej B. jak i te chwile spędzone samotnie gdzieś w roztoczańskiej głuszy...

Zanocowałem nieopodal zachodniej granicy rezerwatu "Bukowy Las". Na jednym ze zdjęć widać moje naprędce sklecone obozowisko. Noc była ciepła i gwiezdna. Za to poranek... cóż, ledwo zdążyłem uciec do Domku Antoniego, w chwilę później była już tylko wodna ściana deszczu.

Po śniadaniu stwierdziłem, że na zmianę pogody nie ma szans. Dalsza jazda wśród żywiołu, który naprawdę tego ranka nie był łaskawy, miała na celu tylko nieplanowany, wcześniejszy powrót do Suśca. Zatrzymałem się jedynie w Hucie Różanieckiej, poświęcając godzinę sprawom czysto duchowym. Ciało zaś domagało się ciepłej strawy. Mówię - "strawa", myślę - "Leśna". A tu okazuje się, że "Leśną" otwierają dopiero o trzynastej... Wobec tego na przedpołudniową kawę wstąpiłem na znaną wszystkim, przeuroczą stację PKP. Tam też, korzystając z pustki, dokonałem zamiany ubrań mokrych na ubrania suche, w czym nieco przeszkadzał mi oszklony budynek stacyjny...

Około godziny 11-tej przestaje padać. Chcąc wykorzystać czas jaki mi jeszcze pozostał, zdecydowałem się na krótką wycieczkę na teren b. obozu w Błudku. Miejsce ponure, ale pamiętać trzeba... Zajrzałem też do kamieniołomów w Nowinach. I tak minął czas do trzynastej. Potem posiłek w "Leśnej", powrót na stację kolejową, przyjacielska rozmowa z panią Janiną (tzw. Dobry Duch stacji w Suścu)... I od strony Bełżca nadjechał pociąg, którego zadaniem było zebrać wszystkich zabłąkanych na Roztoczu obieżyświatów i zawieźć ich z powrotem na łono cywilizacji. Tych obieżyświatów starczyło by zapełnić cztery wagony, tak, że podróżnym z Krasnegostawu, Rejowca czy Świdnika został już tylko korytarz... Tak, tak... pociągami na Roztoczu nikt nie jeździ...

Żal było wysiadać w Lublinie... ale duch został uleczony, chociaż trochę...

Marcin Turski /Sokolik Wędrowny/

Wróć