Pies z Wojdy

Tak Go nazwał pewien włościanin z Bliżowa - popatrzył to na mnie, to na psa, znów na mnie, znów na psa, czknął godnie i wybełkotał "Ooooooooo, pies z Wojdy".
Pieskowi siwizna już nieco przyprószyła bokomordy ale w kondycji jest przedniej.
Przy domostwie w Wojdzie przywitał mnie ze swym młodszym kolegą? synem?

On dostojnie przyszedł, powąchał, zamerdał ogonem, głęboko popatrzył w oczy i podreptał zielonym szlakiem jakby wiedział w którym kierunku się udam.
Ten drugi, młodziak biegał dookoła ale pogłaskać się nie dał, został pilnować gospodarki.

Zresztą strasznie mu się łapki na lodzie rozjeżdżały.

Łaziliśmy razem z "Psem z Wojdy" kilka godzin. Myślę, że na jeden kilometr przemierzone przeze moje nogi trzeba liczyć z pięć zaliczonych przez Jego łapy.
Na rozstajach zazwyczaj stawał i patrzył w którym kierunku idę, gdy wybierał inną ścieżkę niż ja to szybko orientował się w błędzie i przybiegał z wyrzutem w oczach, reagował na gwizd i przybiegał do nogi, w Bliżowie gdzie szczekały miejscowe psiska szedł przy nodze jak na smyczy.
Zaraz na początku naszej wędrówki siadłem na pniaku by się posilić.
Czekał siedząc, nie wsadzając pyska do plecaka.
Spożył godnie, oblizał się, pochłeptał z kałuży i znów patrzył czy już idę.

Od tego momentu przyczepiły się do mnie słowa z "Majstra biedy" - "...serem przekładał i dzielił się z psem".
Wracałem przez Wojdę ale nawet nie zajrzał na podwórko gdzie poszczekiwał młody.
Pobiegł prosto na Kosobudy.

Próbowałem Mu wytłumaczyć, żeby wracał ale udało mi się to dopiero w pobliżu pomnika.
Te oczy.... Wyraźnie był zawiedziony, że taka krótka wycieczka.

Ljank

Wróć