Sokolik w Lasach Lipskich

    A błękit nieba kusi. A zieleń lasu kusi. A... co ja się będę usprawiedliwiał... Dziś się wyrwałem! Rano powspominaliśmy rodzinnie wczorajszy Zamość, Amelka rozwiązała krzyżówkę w kalendarzu - prezencie od Bożeny (Bożena, możesz wierzyć lub nie - Młoda całą drogę z Zamościa do Lublina nie wypuszczała kalendarza z rąk, przeglądała kartka po kartce...), po czym obie stwierdziły, że jak chcę - to mogę znikać. Do wieczora! Cóż było robić z tak nagle otrzymanym czasem... Chwila buszowania w internetowym rozkładzie jazdy naszych lokalnych szynobusów - i plan ułożył się sam.

    Zaczęło się od jazdy lubelsko - zemborzycką rowerostradą. Kto nad Zalewem bywa - wie, o co chodzi! Dla mnie nadzalewowa rowerostrada ma jeden olbrzymi plus - umożliwia bezstresowe dotarcie do stacji kolejowej w Zemborzycach, bez konieczności slalomu między samochodami tudzież ostatnio ekipami remontowymi w drodze na lubelski dworzec główny. Pół godziny niespiesznej jazdy brzegiem zalewu (z postojem na obserwacje gromadzącego się ptactwa) - i już czekam na niestety całkowicie zdewastowanej stacji aż pojazd szynowy zabierze mnie w dalszą drogę. Pojawił się pięć po hejnale - co do minuty. Tym razem była to podkarpacka maszyna SA 134. Jeszcze jeden superpojazd szynowy, nowoczesnością i... urodą kontrastujący z zemborzyckim przystankiem.

    W pojeździe spędziłem godzinę. Minąłem Kraśnik - ową zachodnioroztoczańską bramę nad Wyżnicą. Minąłem Szastarkę - gdzie w sąsiedztwie stacji wprawna ręka wymalowała niebieskie kółko - tak poczyna się nasz Centralny Szlak Roztoczański by poprowadzić... przez całe polskie Roztocze. Dalej Las Mosty - ze znaną trasą, którą niegdyś GTR wędrował... A w Potoku Kraśnickim wysiadam.

    Roztocze Zachodnie zgubiłem kilkanaście kilometrów wcześniej, ale zgubiłem dość niepostrzeżenie. Właściwie... konia z rzędem temu, kto wskaże w terenie granicę pomiędzy kraina roztoczańską a Wzniesieniami Urzędowskimi skąd, jeśli chodzi o geograficzną ścisłość rozpocząłem swą rowerową przejażdżkę. W zasadzie możemy mówić o styku trzech krain geograficznych: Roztocza Zachodniego, Wzniesień Urzędowskich, które ku południowi kończą się bardziej lub mniej widoczną krawędzią. A za krawędzią - zielone morze, słusznie Równiną Puszczańską zwane. Można te wszystkie nazwy spamiętywać lub nie - nie da się jednak zaprzeczyć, że ów fizjograficzny przekładaniec zachwyca. Bo i to, co przed oczami odzwierciedla ową mozaikę. Mamy w tym fragmencie Wyżyny Lubelskiej kilka "mocnych" akcentów - są to wyraźnie wypiętrzające się ponad okolice ostańcowe wzniesienia koło Łysakowa. Jadąc od stacji w Potoku ścieżkami wśród pól wbiłem się pomiędzy nie i dotarłem do szosy łączącej Zaklików poprzez Antoniówkę i Dąbrowę z Łysakowem. Nie dochodziłem pochodzenia nazwy Łysaków, ale nie zdziwiłbym się wcale, gdyby źródła dopatrywać się w łysych głowach - bo wzniesienia owe to takie głowiaste łysiny wznoszące się ponad zieleń nieodległych Lasów Janowskich. Jadąc wspomnianą szosą wyraźnie to czuć. Asfalt (a dalej żwir) prowadzi prosto jak strzelił południowym zboczem tych mini gór a pode mną, po prawej ręce, już za doliną Sanny - nasze Lasy Janowskie, tak przez nas uwielbiane...

    W pewnym momencie droga gwałtownie sprowadza w dół. Osiągam w ten sposób dolinę Sanny i srebrzące się wśród zadrzewień małe stawy - takie koraliki nanizane na rzekę - nić. Kto na mapę spojrzy - ten zauważy, że ów sznur korali w kolorze nieba jest dość długi - w uproszczeniu rzec można, że zaczyna się w Modliborzycach a kończy w Zaklikowie. Jak te "korale" przecinam w poprzek - znaczy kolejny krajoznawczy temat ledwie liźnięty...

    Docieram do drogi Zaklików - Modliborzyce. Jadę nią w kierunku wschodnim, by przed Potoczkiem skręcić na południe, już zdecydowanie wbijając się w Lasy Janowskie/Lipskie. Jeszcze trochę - i docieram do Malińca... znanego ze wspaniałych puszczańskich opowieści Berniego i Niklosa.

    images/tl_files/Artykuly/Sokolik_w_Lasach_Lipskich/cez1.JPG

    Maliniec... mała miejscowość ni to leśna ni pojezierna... A właśnie: dużo jezior to pojezierze. A dużo stawów? Stawozierze? Stawojezierze? Postawierze? Bo chyba nie PGRyb...

    Nawet na pewno nie PGRyb! Przy każdej grobli prowadzącej w bok od "głównej" szosy stoją groźnie wyglądające tablice: "Teren prywatny. Wstęp, kąpiel i połów ryb surowo wzbronione"! Gdzieniegdzie właściwą rangę tym słowom nadają ustawione w poprzek biało czerwone szlabany. A właśnie. Posłuchajcie tej historii...
    Za jednym z owych szlabanów, ujrzałem widok - marzenie każdego pejzażysty velviovego. Grobla zakrzywiona w kształcie rogala, po obu stronach grobli szpaler dorodnych brzóz (coś w rodzaju zielonej alejki), po lewej stronie lewego szpaleru - staw Pilarnia Mała, po prawej stronie prawego szpaleru - staw Pilarnia Duża. Obie Pilarnie do odszukania na mapie - "kartpolce" Lasów Janowskich. Stawy mienią się ciemnoniebieską barwą a nad nimi takież popołudniowe niebo okraszone delikatnymi, pierzastymi (chyba) obłoczkami. Miód i orzeszki. Albo też koszmar zwolennika fotografii nowoczesnej. Żeby mieć na matówce super kadr - wystarczy dziesięć, piętnaście kroków za szlaban. Ale... tablica z zakazem stoi i tu. Szukam napisanego drobnym maczkiem namiaru na właściciela - nie ma takiej informacji. Zachodzę więc do zagrody po przeciwnej stronie szosy. Na podwórku dwie panie, starszy pan i dwójka dzieci. Wszyscy niedzielnie uśmiechnięci. Pełen otuchy i wiary w ludzi zaczynam w ten deseń:
    "Dzień dobry. Nazywam się (tu imię i nazwisko - nie ksywka z forum), czy wiedzą Państwo może kogo trzeba prosić o pozwolenie, bo chciałbym na kilka chwil skręcić na groblę za szlaban..."
    Dostaję informację, że właściciela nie ma, szukać go należy nieopodal sklepu, jakiś kilometr wcześniej. W tym momencie tłumaczę po co mi zezwolenie na wejście na groblę. I... z twarzy moich rozmówców znikł uśmiech.

    "Powiem panu szczerze - nie jest to dobry pomysł. Właściciela może pan poszukać, ale wątpię czy panu pozwoli. Raczej nie. Jeśli panu bardzo zależy - niech pan szybko zrobi zdjęcia z szosy i odjedzie..."

    W tym momencie dalsza konwersacja stała się bezcelowa. Pożyczyłem miłym skądinąd ludziom miłego niedzielnego popołudnia i skorzystałem z rady. Zdjęcia zrobiłem z ręki. Bo kto wie - skoro pan właściciel fotografom nieprzychylny, to statyw choć czarny może podziałać jak czerwona płachta. Nawet taki stojący na poboczu ogólnodostępnej szosy. Bo i w ten sposób dało się wykroić kawał miłego dla oka krajobrazu...

    Nie usiłowałem dociec czy obiektem niechęci pana właściciela są tylko fotografujący, czy też grupy o innych zainteresowaniach. Np. ornitolodzy czy też ichtiolodzy z talerzowymi włącznie...
    Żeby nie było, że wywiozłem z Malińca tylko złe wspomnienia... Mała ta miejscowość wyrasta na duże centrum agroturystyki. Gospodarstwa są na razie dwa + jedno w nieodległym Kalennem + jakiś dom myśliwski jakiegoś koła łowieckiego + prywatne letniskowe posesje. Sklepy też są dwa. To w ich sąsiedztwie należy szukać właścicieli stawów przychylnych fotografom/ornitologom i bez problemu wpuszczających ich na swoje groble. Wiem, bo kiedyś nie miałem z tym problemów. Jest jeszcze pachnąca świeżością szosa asfaltowa odchodząca w bok. A przy niej drogowskaz do Osówka. Szosa ta okrąża od południowego zachodu staw Duża Kępina. A widoki z niej przednie. I ogólnodostępne. Wjechałem w tę drogę jedynie kilkaset metrów, w najbliższym czasie chciałbym przejechać ją całą...
    Potem przez Banię do czerwonego szlaku Zaklików - Lipa. Tu zadaszenie turystyczne, w uroczym miejscu, niestety zbyt łatwo dostępne (czytaj: z[nbsp] bezproblemowym dojazdem samochodem, na dodatek blisko zabudować). Przez to - niemiłosiernie zdewastowane i zaśmiecone. Zatrzymuję się tu jednak na kwadrans, głównie po to by rozstrzygnąć dylemat - jechać do Lipy czy do Zaklikowa. Zdecydowałem się na Zaklików. Jechałem trasą opisaną przez naszego Artura jako "fragment szlaku partyzanckiego, relatywnie najmniej interesujący, przydatny jako trasa rowerowa". Powodem takiej oceny - fakt poprowadzenia szlaku asfaltem. I tu uwaga ode mnie: czego jak czego, ale asfaltu na owym gościńcu z Zaklikowa do Bani zostało już bardzo niewiele. Dziur za to, że hoho... Posiadaczom co delikatniejszych samochodów stanowczo odradzam. Zaś zgadzam się z tym, że trasa rowerowa jest idealna, ale... dla posiadaczy amortyzatorów. A ja takowych nie mam...

    Pięćdziesiąt metrów przed skrzyżowaniem z linią kolejową w prawo odchodzi piaszczysta droga poprzez wrzosowisko. I to właśnie tu będziemy szukać szczęścia, na wrzosowisku zapomnieć wszystko, a głównie - przejścia do opłotków Zaklikowa z pominięciem głównej szosy (tak prowadzi oficjalny szlak). Bo marsz tą szosą (jak również jazda rowerem) to mały koszmarek, o czym wczoraj się przekonałem. Na szczęście to bardzo krótki (dla rowerzysty, piechur odczułby to boleśniej) odcinek. W niecałe dziesięć minut byłem w centrum Zaklikowa.

    Z powodu rozkładu jazdy tym razem ostentacyjnie zlekceważyłem całą spuściznę po Zaklikach, Gniewoszach, Małachowskich tudzież pozostałej plejadzie historycznych właścicieli tutejszych dóbr. Definitywny koniec wycieczki nastąpił, gdy bezpiecznie i bez pośpiechu usadowiłem się w malutkim SA103 - ostatnim tego dnia w kierunku Lublina. Zaś w chwilę potem pomarańczowa kula chyliła się ku ziemi zmierzając ku miejscu, gdzie las porasta wysoka na 80 metrów krawędź porozcinaną plątaniną wąwozów zwanych "Szczeckimi Dołami". Ale to już zupełnie inna historia!

    Sokolik Wędrowny

    Zdjęcia dołączone do relacji "pożyczone" przez Ceza i Maćka, nie zostały wykonane podczas tej wyprawy, niemniej przedstawiają opisywane okolice.