Linia Mołotowa i Jałowce Lubyckie

    Seria spontanicznych wypraw Zbyszka, październikową niedzielą wstrzeliła nas we Wschodnie.
    Cel pierwszy - zgarnąć smacznie śpiącego Ceza u Sachaja w Krasnobrodzie.
    Cel drugi - opanować "Rezerwat jałowce" i upatrzone przez Zbyszka i tylko jemu wiadome, schrony bojowe Linii Mołotowa.
    Cel trzeci - zagospodarować ewentualne rezerwy czasowe.

    Finalnie wszystkie cele zostały osiągnięte.
    Agroturystyczne ranczo Sachaja spało wśród porannych mgieł, kiedy Zającowy samochód przekroczył witalną bramę wjazdową. Serdecznie powitani przez gospodarzy zabawiliśmy ledwie chwilę. "Zapakowaliśmy" Ceza i w drogę na Wschodnie. Na jednym z przystanków czekał na nas umówiony saksofonista. Grał słabo, więc nie zaprosiliśmy go do środka, tylko szybko przemieściliśmy się z krajowej 17 na Łazową. Cez w porę[nbsp] przypomniał sobie o krzyżu w polu, który odkrył kiedyś z Lulką, na odcinku pomiędzy Łazową a Pawliszczem. Samego krzyża obok, nie znaleźliśmy niestety, pozostał sam postument z płaskorzeźbioną figurką MB. Cez nie do końca uwierzył, że wcześniej nie wiedzieliśmy o jego istnieniu. Krzyż, a w zasadzie jego pozostałości jest łatwy do zlokalizowania o tej porze, kiedy pola odkryte są z zasiewów. Niewidoczny jest jednak z drogi. Trzeba wiedzieć, że tam jest, by się zatrzymać i go zlokalizować.


    Potem były już tylko schrony, Zbyszkowa pasja, konik, wręcz hopel. Wiedzieliśmy to oczywiście i potwierdził to wyraz twarzy Zbyszka, kiedy zaczął nam o nich opowiadać. Dotarcie do pierwszego z nich zajęło nam trochę czasu.
    Początkowo przedzieraliśmy się zarośniętą starymi jałowcami ścieżką. W lesie pomiędzy Pawliszczem, a nie istniejącą już wsią Gruszka, nie ma co prawda jeszcze rezerwatu, ale są plany jego stworzenia. Na niektórych mapkach wręcz znajdziemy oznaczenie „Jałowce Lubyckie”. Od ilu lat? Tego niestety nie wyśledziłam. Pojawia się ta wzmianka w informacjach internetowych, ale nic więcej. Szkoda wielka, bo niedługo może nie być podstaw do utworzenia tego rezerwatu. Okazy jałowców są tam niesamowite, ale wszystko niestety dziczeje. Pewne źródła donoszą, że nie ma rezerwatu "Jałowce Lubyckie" i pewnie nie będzie. Najciekawsze okazy już uschły, bo nikt się nimi nie interesował.Gęsto się rozrosły, z braku światła obumarły. Taki rezerwat jest po prostu w dzisiejszych czasach "kulą u nogi" i nikomu nie zależy na tej formie ochrony.
    Zbyszek lokalizował kolejne schrony jak „po sznurku”. Tu zerknął na sosnę, tam zagłębił się w las, pozostawiając nas na udeptanym trakcie, żeby nie narażać na walkę z plątaniną jeżyn pod nogami. Każdy ze schronów z nim odkrytych, to było wielkie wyzwanie. Zaglądaliśmy w każdą dziurę, każdy zakamarek. Nasz wzrok wędrował za jego opowiadaniem raz w górę, raz w dół.



    Wszystko było ciekawe, nowe, odkrywcze.
    Największe wrażenie zrobił na nas olbrzymi dwukondygnacyjny, zniszczony schron bojowy. Betonowe, „wybebeszone” cielsko schronu, widoczne jak na dłoni robiło niesamowite wrażenie. Zbyszek wsparty o strzępy odrutowanego występu betonowej rozpadliny, robił nam wykład o schronach, jak z katedry. To niezwykle emocjonujące stanąć pod tym zwaliskiem, wbrew rozsądkowi, wbrew wszelkim regułom bezpieczeństwa. Czuć jak nad głową zwisa i może w każdej chwili runąć na ciebie masa betonu i żeliwa. Adrenalina sięga zenitu. Nikomu nie zalecamy takiej penetracji schronów, wręcz przestrzegamy tutaj przed nią, trzeba bowiem wiedzieć gdzie stanąć, gdzie wleźć, a od jakich miejsc trzymać się z daleka. Doświadczony przewodnik w takich razach to niezbędne wyposażenie!!



    Przemieszczaliśmy się wzdłuż dawnych umocnień Linii Mołotowa, odkrywając wciąż nowe schrony, a Zbyszek, opowiadał, opowiadał...
    Nawet jak znalazł kawałek rurki to mieliśmy wykład, albo taki stary zardzewiały kluczyk, tylko do czego to było?
    Był jednak moment, kiedy krew zamarzła mi w żyłach. Obaj z Cezem zaczęli włazić na rozwalone i moim zdaniem, niezwykle niebezpieczne elementy bunkra. Złość na nich przeszła mi, kiedy bezpiecznie wgramolili się na drugą kondygnację. "Rozbroiły” mnie ich miny, kiedy zobaczyłam na ich twarzach radość zdobywcy i (prawie dziecięcy) szczery zachwyt. Z kolei im miny zrzedły, kiedy się okazało, że można było się tam dostać z drugiej strony. Zaliczyłam to leciutko, zupełnie bez wysiłku.



    W pewnym momencie wyszliśmy na rozległy bezmiar pola, którego horyzont z jednej strony zamykały wiatraki w Dębach, zarysowany pas dalszych umocnień ze schronami, a z drugiej strony linia lasu i wielki kultywator zbożowy w oddali. Nieopodal dawnej wsi Gruszka skierowaliśmy się na szlak, gdzie czekała na nas sosna jak lampion i kolejny schron bojowy, ten akurat dostępny wręcz z traktu. Jednak żeby po drodze zlokalizować miejsce po dawnej betoniarni trzeba się dobrze natrudzić. Poszukiwania utrudnił fakt, że olbrzymia sosna przywaliła zbiornik na wodę, który zamaskowany został wręcz idealnie. Można nawet wpaść w jego czeluść nie zachowując należytej ostrożności.
    Schrony bojowe, jakie lokalizowaliśmy tego dnia należały do punktu oporu „Goraje”. Część z nich była zniszczona przez Niemców, jeszcze podczas II wojny światowej. Niejeden taki obiekt fortyfikacyjny nie jest zabezpieczony, elementy grożą w każdej chwili obsunięciem. Przebywanie tam grozi kalectwem lub śmiercią. Schrony bojowe były znakomicie maskowane w terenie. Lokalizacja schronów dostosowana była do lokalnych warunków terenowych. Wykorzystywano urozmaicone formy terenowe Roztocza. Zewnętrzne ściany schronu zabezpieczano smołą (beton nie wchłaniał wtedy wody); ściany boczne wzmacniano płaszczem kamiennym, a następnie schron obsypywano ziemią i okładano darnią. Schron od czoła był osłoniety siatką maskującą, rozpiętą na metalowym stelażu maskowania schronu, wystającym z betonowej części bunkra.



    Październikowy dzień był wspaniały na tę wędrówkę. Słońce podkreślało świetliście czerwienie, żółcie i brązy bukowych liści. Odkrywaliśmy ostanie oznaki ożywienia przyrody, która pomału szykowała się już do snu zimowego. Tu ostatni, nabrzmiały połyskująca czernią owoc jeżyny, gdzie indziej czerwień dzikiej róży; tu biedronka na gałązce jałowca, spijająca ostatnie promienie słońca; tam zapóźniony w swoim rozkwicie kwiatek. Zbyszek z wielkim poczuciem humoru, co krok sprawdzał naszą znajomość przyrody i musieliśmy powtarzać te trudne nazwy, żeby się odczepił...
    W drodze powrotnej nie zmarnowaliśmy okazji by odwiedzić Zającowy Majdan Sopocki i jego turystyczny camping „Cezan”. Dobre miejsce na wypoczynek, schludne zacisze, tuż koło zbiornika wodnego. Już podczas zwiedzania kombinowaliśmy, którą z naszych GTR-wskich imprez tutaj zorganizować. Może doroczne, tradycyjne „Slajdowisko”?
    Zając pokazał nam w tempie przyspieszonym Majdan Sopocki. Widzieliśmy m.in. kamień, który niedawno gościł w zagadkach (upamiętniający miejsce śmierci pod zwałami piasku dwóch chłopców), stary ośrodek wczasowy - wielki i nie zagospodarowany obiekt; tomaszowską Stanicę Harcerską, wspaniałą wydmę w środku miejscowości.
    Oczywiście nie można było podczas tej wyprawy pominąć kilku innych miejsc. Zbyszek potrafi zagospodarować czas wyprawy do ostatniej wolnej sekundy. Dzięki temu zwiedziliśmy rzadko odwiedzane, a wielka to strata, otoczenie kościółka w Łukawicy. Mieliśmy tam dodatkowo niecodzienny wgląd w polowanie drapieżcy. Nie odpuściliśmy sobie także mijanej po drodze cerkiewki w Woli Wielkiej. Zaczynam się już przyzwyczajać do tych wspaniałych, corocznych wypraw Zbyszka, które pozostawiają w pamięci niecodzienne doznania.

    Sosna