Wyprawa do źródeł Brusienki

    Młoda ekipa cieszanowWsko-lubaczowska jest inicjatorem wypraw „Do źródeł…”. Zdobywali już źródła roztoczańskich rzek, choćby Różańca i Pauczy. Kolejna wyprawa to źródła Brusienki. Przysłowie mówi, że do trzech razy sztuka. Nie mogłem sobie odmówić! Brusienkę, w niskim jej biegu widziałem nie raz, zawsze pokazywała się jako piękna i dzika. Teraz jest możliwość zobaczenia jej u źródeł!

    Start zaplanowany na 17.01.2010, godz. 9.30 przy słupach bramnych Polanki Horynieckiej.
    Trzy dni wcześniej, w trakcie spotkania opłatkowego przewodników wystarczyło hasło: „Jedziemy do źródeł Brusienki”. Zamojska grupa będzie dziesięcioosobowa: Rudasek, Zbyszek z Hanią, Wanted, Zając z Małgosią, Bożena, Marysia, Robert i Piotrek. Zbyszek zajął się zgrywaniem czasu wyjazdu, miejsc w autkach i łącznością ogólną. Nasza zbiórka o 8.30 przy OSP w Łabuńkach Pierwszych.
    Pierwszy postój wypadł w Woli Wielkiej. Cerkiewka p.w. Opieki Najświętszej Marii Panny, w zimowej szacie zachwyciła wszystkich. Następny przystanek w Bruśnie Nowym. Tuż przy cerkiewce p.w. św. Paraskewy z 1713 roku, która nie może doczekać się kontynuacji renowacji. Stoi przyśrubowana do podpór, jeszcze stoi… Niektórzy z nas, biegiem na pobliski cmentarz, by zobaczyć go w śniegu. Miał inny, niepowtarzalny urok. Celem drugiego postoju było poczekanie na super wędrowców z Lublina, Ceza i Lulkę w niezawodnym „nosorożcu” z GTR-owskim oznakowaniem. Pomimo tak wyróżniającego oznakowania samochodu (cacuszko), cichaczem przemknęli obok nas. W rezultacie nasza grupa dojechała ostatnia.
    Już z daleka zobaczyliśmy otwarte wnętrze „nosorożca”, otoczonego przez grupę ludzi. Gospodarze wyprawy: Palestyna z Moniką, Bati z Magdą, Sumo i Smakowisko byli bez samochodów.
    Szybkie staropolskie powitanie chlebem i solą (z dodatkiem kiełbasy) odbyło się przy krzyżu bruśnieńskim, wskazującym ścieżkę do cmentarza w Bruśnie Starym.
    Na rozkaz wodza Palestyny ruszamy! W tempie 100 m/s, a może szybciej! Doszliśmy, pomimo, że śnieg był do pół łydki i nie każdy z nas był w odpowiednim stroju. Na cmentarzu dopadła nas refleksja: nie ma aniołka... Grupowe zdjęcie zrobiliśmy przy krzyżu upamiętniającym pierwszą misję z 1925 roku w parafii Stare Brusno. Rozpoczął się zimowy marsz doliną Brusienki.
    Po dojściu do rzeki szefowie uzgodnili, którym brzegiem będziemy szli. Później okazało się, że z konieczności trzeba było rzeczkę kilka razy kładkami przekraczać. Doszliśmy do ruin kaplicy św. Mikołaja. Dawniej, 19 stycznia, tutaj
    właśnie święcono wodę na święto Jordanu. Na wzniesieniu, za ruinami kapliczki zobaczyliśmy krzyż z 1842 roku. Robota bruśnieńska, z zagadkowym napisem z przodu i z tyłu. Poniżej, ku zachodowi zlokalizowaliśmy okazałe źródełko, dające wodę o uzdrawiających właściwościach.
    Przy źródle na śniegu były ślady krwi. Wszyscy domyślili się, co tu się mogło wydarzyć: płowy zwierz przyszedł nad rzekę ugasić pragnienie, a mięsożerny zwierz dopadł go i zgasił życie, by żyć! Ciarki przeszły niektórym przez krzyże – siła natury. Odwieczne prawo. Silniejszy zwycięża. Życie to smuga cienia i tylko las jest świadkiem.
    Kilka razy rzeka rozlewała się szeroko, zatrzymana przez bobry. Tu na pewno zagoszczą na długo będąc pod ochroną lasu. Marsz był coraz trudniejszy. Lewy brzeg rzeki często stawał się urwiskiem. Jedno z miejsc przypominało nam wyglądem grodzisko średniowieczne. Szliśmy dalej, za dzielnym wodzem Palestyną wzdłuż coraz dzikszej i piękniejszej Brusienki.
    Prawy brzeg także zaczął być wyższy, a dolina rzeki zmieniła się w wąwóz o względnym obniżeniu 10 – 15 m. Coraz wyraźniej słyszeliśmy szum płynącej wody, a może wodospadu? Doszliśmy w końcu do ruin młyna. Pozostałości tamy spiętrzającej wodę, wyglądają teraz jak naturalny wodospad. Woda zamarzająca w zakolach tworzy fantazyjne figury i gra, w duszy gra jak stara baśń. Niektórzy z nas stracili siły. Nie ma się co dziwić! Wódz wyprowadził nas z wąwozów i lasów. Skierowaliśmy się ku schronowi na Hrebciance.
    Zobaczyliśmy światło dzienne, trochę mgliste. Sine, mroźne i zagniewane niebo nakazywało respekt dla Natury. Może za głęboko zajrzeliśmy w jej wnętrze? W kotlince, tuż przed wejściem do schronu, znaleźliśmy miejsce na rozniecenie ognia i gotowanie legendarnej zupy Batiego. Wiatr kręcił dymem gryzącym oczy. Tych łez nikt się nie wstydził! Zjedzono blachę ciasta Małgosi. Bardzo pyszne. Dla zdrowotności i na rozgrzewkę, (kto nie kierowca) degustował: cytrynówkę lub żurawinówkę. Bowiem znakomita wiśniówka naszych kolegów dawno rozeszła się na stromych brzegach Brusienki.
    Sumo łamał drwa na ognisko z siłą średniowiecznego wojownika. Zaśpiewaliśmy kilka piosenek. Zbyszek przyśpiewywał weselnie. Znów Natura przywołała nas do parteru. Głośne trzeszczenie łamiących się konarów pobliskiej sosny przestraszyło nas. Przypomniało kto tu silniejszy. Świst spadających, oblodzonych gałęzi dotknął ziemi około 8 m od naszego obozowiska.
    Po posileniu się przypiekaną nad ogniem kiełbasą i pyszną zupą, ci bardziej zmęczeni i przemoczeni pożegnali się i odjechali. Niedługo i nasza grupa odeszła od przyjacielskiego ogniska. Pozostali przy nim gospodarze wyprawy.
    Odkopaliśmy zakopane w śniegu autko.
    Mijając Brusno Nowe pomyślałem o tych, co pozostali przy ognisku. Czy nie zamarzną?
    Ucieszyłem się, kiedy na Forum GTR pojawiała się relacja Palestyny.

    Wanted