39 I PIES - Rajd po Roztoczu Zachodnim

    39 i PIES - taki kryptonim nadaliśmy wędrówce, jaką odbyliśmy właśnie w takim składzie po wzgórzach, wąwozach i lasach Roztocza Zachodniego.
    Rajd odbył się, choć pogoda nas nie rozpieszczała.
    Wzięło w nim udział 39 osób i jeden pies...

    Od kilku lat naszą tradycją było spotykanie się 11 listopada na dorocznym rajdzie po Roztoczu Wschodnim, który jest naszą najważniejszą imprezą. Począwszy od tego roku rajd został przeniesiony na październik. W związku z tym dla wielu z nas powstała luka w kalendarzu. Aby ją wypełnić, wpadliśmy na pomysł zorganizowania jeszcze jednego rajdu, tym razem po Roztoczu Zachodnim.

    Rajd odbył się, choć pogoda nas nie rozpieszczała. Wzięło w nim udział 39 osób i jeden pies. Stąd wziął się kryptonim rajdu.

    Relacja Agaty
    Dąbrowa - najwyższe wzniesienie Roztocza Zachodniego zaczarowało przyszłych uczestników[nbsp] listopadowego rajdu. Dąbrowa jest wzniesieniem wysokim na 348,5 m.n.p.m.[nbsp] W pobliżu niej znajdują się podobne. Wszystkie wydają się być wiecznie zielone, ale i przy tym trudne do odróżnienia. Mało kiedy odwiedzają jej szczyt nawet mieszkający w pobliżu miłośnicy wędrówek. Ta część Roztocza znana z przepięknych zdjęć ręcznikowych, kolorowych układów pół, bajkowych lasów i wąwozów nie została jeszcze odkryta przez tłumy turystów przez co dotąd emanuje tajemnicą. A jest tu o czym opowiadać.
    Nasza grupa przybywała na wyznaczone przez Edwarda miejsce w Lipowcu Góry. Siąpiło zimnym deszczem. Nad lasami wisiały szare chmury całkowicie pokrywające niebo. Jasna smuga tuż nad ziemią dawała nadzieję przejaśnienia, której nie tracił nasz przewodnik Edi. Nakładaliśmy co kto miał od deszczu. Najpiękniejszy płaszcz miał Dziadek Janek - elegancka, zielona, szeroka peleryna z kapturem w dawnym stylu. Cierpliwie czekaliśmy na kolejnych uczestników. Pod okolicznymi lipami zaroiło się od samochodów. Omega i Edward zebrali wszystkich, nastąpiło serdeczne powitanie i w drogę.
    Przydrożny drogowskaz wskazywał 2,5 km na szczyt Dąbrowy. Mały zakręt, minęliśmy kilka zabudowań i znaleźliśmy się na polnej drodze. Szliśmy po mokrej, żółtej ziemi, czasami trawą. Dziewczyny zażartowały, że trzeba było zawiązać sznurówki. Jednak mokry ił tylko ślizgał się pod nogami, rozpryskiwał się na butach i spływał. Po obu stronach, w niewielkiej odległości otaczał nas młody, już zielonobrązowy las. Nad nim mgła, tak jak za nami i w przodzie. Co jakiś czas pnącza dzikiej róży chwytały za ręce. Na jednym z zakrętów mijając Drwalika, usłyszałam głośne odliczanie. W dogodnym wąskim przejściu postanowił nas policzyć. Było nas 39 osób i pies Dziadka Janka - Nuka. Mądre oczy czworonoga co jakiś czas wodziły za panem, psia dusza kazała czekać i co jakiś czas do niego powracać, a zew natury pchał na przód. Frekwencję jak na panujące warunki atmosferyczne można uznać za znakomitą.
    Prawie gęsiego weszliśmy na dach Zachodniego Roztocza. Stanęliśmy w chmurach. Na samym szczycie wzeszła ozimina. Przy miedzy stała ambona myśliwska. Zaorane pole wychodziło z mlecznej mgły i po ok. 50 metrach znów się w niej zatapiało. Dawało to złudzenie jakby od szczytu w górę i w dół zaorano pas pola, pozostawiając po obu stronach las. Parę zdjęć i w dalszą drogę. Na przełaj przez pole i znaleźliśmy[nbsp] się tak jakby na drugiej połówce góry. Dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej skręciliśmy w liściasty las.
    Cudownie lekko schodziło się w dół po grubej warstwie liści. Weszliśmy na małą polankę. Chłopcy odsunęli zalegającą, młodą złamaną brzózkę. Ujawnił się krąg "Podkowy". To w tym miejscu od 1943 do 1944 r. stacjonował oddział partyzancki Tadeusza Kuncewicza "Podkowy" - oficera sztabu komendy obwodu Armii Krajowej - "Adama". Mówiono, że z jego oddziału ginęło najmniej ludzi - taki miał dar od Boga. „Podkowa” i jego towarzysze walczyli w okolicach Szczebrzeszyna, ale i o wiele dalej. Być może o tym miejscu podczas okupacji wiedział sam doktor Zygmunt Klukowski - doskonale znający podporucznika i udzielający partyzantom pomocy medycznej, przekazujący im leki i materiały
    opatrunkowe. Pisał on: "Krążą opowieści o różnych wyczynach oddziałów leśnych, powstają legendy. Dużo mówi się o niektórych dowódcach, o "Podkowie", o "Gromie", o ich nieustraszonej odwadze, zimnej krwi podczas akcji. Życie na wolności, w lesie, w oczach młodzieży nabiera uroku, niejeden z byłych wojskowych woli znosić pewne niewygody życia obozowego nawet podczas zimy, aniżeli ginąć w męczarniach i poniewierce w niemieckich więzieniach i obozach koncentracyjnych - na Majdanku, w Oświęcimiu lub innych." Na drzewach wisiały tu dwie "tabliczki" z podkowami. Talizman okazał się szczęśliwy dla oddziału - uniknął on zamknięcia w potrójnym, śmiercionośnym kordonie niemieckim podczas akcji Strurmwind II i ... ocalał.
    Po odpoczynku ruszyliśmy w górę pozostawiając za sobą Lisie Jamy, których bezpośredniego oglądania nie mieliśmy w planie. Jakże ciężko był wdrapać się powtórnie na szczyt, ale udało się. Słusznie zauważono, że najwłaściwszą taktyką podczas deszczowego rajdu jest poruszanie się w "czołówce", co gwarantuje uniknięcie maszerowania po rozmiękczonym przez grupę gruncie. Niestety na tym odcinku żadna taktyka nie była skuteczna - przed chwilą właśnie tą drogą schodziliśmy do leśnego obozu.
    Dalej krajobraz zmienił się szliśmy leśną drogą, a las nosił znamiona dzikich harców - wycięte drzewa i połamane krzewy. Edi znający trasę i GPS - potwierdzający szlak bezbłędnie prowadzili nas przez knieje. Wspomni rad naszego przewodnika, niektórzy zaopatrzyli się w znalezione pośpiesznie kijki i drągi. Przydały się podczas zejścia około 40-metrowym zboczem, zaścielonym mokrymi liśćmi. Zbocze było stopniowe. Gdy stanęliśmy na niższej krawędzi poniżej zobaczyliśmy wąwóz. Niektórzy wąwozem (wyłącznie panowie) inni jego krawędzią - ruszyliśmy. Gdyby nie deszcz nikt nie wypędziłby mnie z tego pięknego lasu.
    Doszliśmy do leśnej drogi w dolinie - przy dużych opadach zamienia się w koryto rzeki. Tego dnia była nie tylko częściowo zalana, ale i zablokowana ściętym drzewem. Nie szkodzi - byli z nami prawdziwi traperzy... Doszliśmy do jednego z "roztoczańskich źródełek miłości". A jak to działa - zaczerpnij wody, a ktoś cię pokocha, albo ty kogoś pokochasz - niestety nigdy nie wiadomo, która z opcji się sprawdzi, nie ma też odwrotu. Woda tu była bardzo czysta. Przychodzili po nią dawniej ludzie z pobliskich wiosek.
    Dalej, idąc kilkaset metrów wąwozem wyszliśmy na poznaną wcześniej ilastą drogę. Nią doszliśmy do miejsca naszego startu. Nieco mokrzy i szczęśliwie zmęczeni ruszyliśmy na dalszą część naszego[nbsp] spotkania do Gajówki w Wywłoczce. Tam już syte towarzystwo rozpoczęło "harce", począwszy od przymierzania rogów - największym zainteresowaniem cieszyły się jelenie, znacznie słabszym poroże łosia. Cudowny prezent przygotowali Gabrysia i Zbyszek - dla każdego świeżo wydrukowany, roztoczański śpiewnik. Zasób prezentowanych pieśni szeroko wyszedł poza łamy publikacji wkraczając w repertuar patriotyczno-nostalgiczny. Jednak data rajdu - 11 listopada, gdzieś głęboko tkwiła w ludziach, a odwiedzone miejsca poruszyły czułe struny. Było wesoło i pięknie.

    Agata oraz konsultacja krajoznawcza Edward

     

    Relacja Ediego
    Rano obudziły mnie dudniące o parapet krople deszczu. Przetarłem oczy, spojrzałem za okno i zobaczyłem bąble na kałużach, co niezbyt dobrze wróżyło. Włączyłem komputer i szybciutko na meteo - prawda była okrutna - cały dzień na Roztoczu ma lać. Kiedy szykowałem się do wyjścia z domu otrzymałem telefon od przyszłego rajdowicza - oczywiście rajd się odbędzie - powiedziałem...
    Dojeżdżając do Lipowieckiej Góry zobaczyłem liczne samochody i żywo dyskutujących GTR-owców. Po chwili zaczęły nadjeżdżać kolejne pojazdy, pełne uśmiechniętych buziaków. Liczymy się, powitanie Omegi, moje wstępne słowo i w drogę.
    Prowadzi nas Jankowa Nuka. Chociaż nie ma parasola, peleryny ani nawet butów - wesoło merda ogonem, abyśmy dokładnie ją w błocie zauważyli. Na rozstaju dróg wybieramy drogę na wschód i wędrujemy czarnym szlakiem.
    Tylko skąd Nuka zna drogę???
    Idziemy, wspinamy się pod górę mijając zachodnioroztoczańskie błoto lessowe. Po prawie trzykilometrowej wędrówce majaczy przed nami Dąbrowa. Nie zrobiła zbyt wielkiego wrażenia, brakuje rozległych widoków - mgła na wschodzie i zachodzie, a na południu i północy lasy. Niektórzy mają pomysł, aby wejść na pobliską ambonę myśliwską - gps wskaże, że Dąbrowa jest wyższa.
    Buchamy po wysokiej mokrej trawie, kapuśniaczek listopadowy jakby dał za wygraną i przestał padać.
    Prowadzę grupę wąską dróżką między modrzewiami, później mijamy jodły i nie błądząc dochodzimy do kręgu "Podkowy". Silni koledzy odciągają złamaną brzózkę i oglądamy to historyczne miejsce. Opowiadam jego historię i losy dowódcy Oddziału Tadeusza Kuncewicza ps. Podkowa.
    Zasłużony odpoczynek - jednak na stojąco, bo wszędzie mokro. Ktoś rozgrzewa się kawą i herbatą, a niektórzy miodem pitnym syconym - roztoczańskim oczywiście. Jest czas na integrację, okazja dla nowicjuszy do przedstawienia się. Powoli kończymy jedzenie i ruszamy w dalszą wędrówkę.
    Powracamy na drogę i kierujemy się jeszcze na wschód, a później na południe. Chociaż błota już nie ma, ale ścieżyna coraz mniej widoczna. Udaję, że zabłądziliśmy, ale gps Dziadka Janka i Nuka wiedzą gdzie mamy iść...
    Schodzimy do wąwozu zwanego Potok dwoma odcinkami. Przed nami 10-metrowe pionowe urwisko. W dole tzn. w debrze widać drogę. Koleżanki mają obiekcje, jak tam zejść. Drwalik i dwóch odważnych poszło, a właściwie zjechało na pupach. Dla pozostałych znalazłem łagodne zejście.
    Czekamy pod jodłą na wszystkich. Kiedy dotarli już wszyscy, opowiedziałem historię z lipca 1944 r., jak Rosjanie chcieli strzelać z katiusz do tego wąwozu pełnego uciekinierów przed frontem z okolicznych miejscowości. Tylko dzięki przytomności i odwadze jednego z partyzantów udało się ich odwieść od tego zamiaru.
    Ruszamy w drogę powrotną wąwozem Potok. Za chwilę okaże się, że czekają nas niespodzianki. A to płynący potok, a to zwalone drzewa, które trzeba przecinać (aby panie mogły przejść).
    Za chwilę kolejna atrakcja - szczególnie dla tych z początku... Przewodnik wywija kozła, leci na prawo, podpiera się parasolką, odbija się w lewo i klęka na lewe kolano. Parasolka połamana, a ja – obłocony, jak... roztoczański dzik.
    Jednak idziemy dalej. Pod nogami płynie wartki strumień, jakieś kamienie, które wg mojej opowieści przynoszą szczęście w miłości. Niektórzy panowie nawet wzięli i mówili, że ta miłość jest naprawdę ciężka.
    Dochodzimy do źródełka. Tutaj krótki odpoczynek, wspólne zdjęcia. Na gałęzi zostaje moja[nbsp] parasolka. Ma tam czekać do wiosny.
    Wąską debrą wspinamy się w górę. Wąwóz wije się i są rozgałęzienia, ale tym razem już nie błądzimy... Wreszcie wychodzimy na tę samą drogę, którą zaczynaliśmy naszą wędrówkę. Znowu wchodzimy do powiatu biłgorajskiego i gminy Tereszpol. Wędrowaliśmy terenami gminy Zwierzyniec w powiecie zamojskim.
    Po paru minutach dochodzimy do samochodów. Pierwszy etap rajdu zakończony. Wszyscy są niemiłosiernie obłoceni, ale weseli i szczęśliwi...
    Jedziemy do Zajazdu Gajówka na biesiadę....
    Wielka niespodzianka - Gabrysia i Zbyszek przygotowali śpiewniki z piosenkami rajdowymi. Oczywiście chórek GTR zaśpiewał kilka. Podpisałem kilka swoich przewodniczków "Wędrówki po Roztoczu". Kilka osób z ciekawością oglądało zwierzątka w zagrodzie - lamy i strusie. Lama jest zadowolona jak się ją głaszcze po pyszczku... Jurek głaszcze skórę dzika, a Drwalik robi sobie zdjęcie z rogami jelenia....
    Na dworze już szaro, więc pora wracać w rodzinne strony...
    Do spotkania wkrótce na zimowym rajdzie na Wapielnię....

    Tak Rajd widział Edi.

     

    Po zakończeniu rajdu, podczas analizy materiału dowodowego w postaci zdjęć wykonanych tego dnia, odkryliśmy zaskakującą rzecz. Było nas więcej, niż pierwotnie nam się zdawało. W rajdzie uczestniczyło 41 osób i... pies.