Podchody Werchrata - Siedliska

    Rajd Listopadowy 11.11.11. dla niektórych z nas, nazwijmy ich „Szczęśliwcami”, wydłużył się do trzech dni. Kolejny dopiero za rok. Nakarmiliśmy więc serca w pełni Roztoczem Wschodnim.
    Dzień drugi przywitał nas słońcem. Kiedy z okien szkolnego schroniska w Werchracie ujrzeliśmy widok rozświetlonej świątyni, nie spodziewaliśmy się, w żadnym razie, śniegowej posypki pod koniec dnia wędrówki.

    Plan drugiego dnia rajdu nakreślony został w przybliżeniu w przeddzień, podczas wieczornej pogaduchy. Brał azymut na Siedliska. Przyszło nam podzielić się na dwie grupy. Niklos poprowadził większą grupę z półgodzinnym handicapem. Umówiliśmy się, że strzałkami oznaczą nam kierunek swojej wędrówki.



    Dzięki temu przypomniały nam się radosne emocje, jakich w dzieciństwie dostarczała nam zabawa w podchody. Strzałki pozostawiane na kolejnych etapach szlaku były pieczołowicie dopracowane i nie pozbawione elementów wskazujących na troskę o grupę Nr II. Jedne wielkie jak stodoła, inne poobkładane kamykami, żeby ich wiatr nie rozwiał, a jeszcze inne zbudowane z pomysłowo zastosowanych elementów. Jakże nas cieszyła ta różnorodność techniki zastosowanej do ich budowy.



    Wędrowanie stało się zabawą. Na tyleradosną, że nie dokładaliśmy wcale wiele wysiłku w „dojście” Grupy Nr I. Prowadzeni jak „po sznurku” rozkoszowaliśmy się widokami, słońcem, wspólnym towarzystwem i wędrówką. Do momentu, aż trop... się skończył. Włączyły nam się wówczas indiańskie radary i zaczęło się prawdziwe tropienie. Rozeszliśmy się w sześć kierunków świata i szukaliśmy strzałki.



    Najbardziej emocjonujące było łażenie po polanie, oflankowanej przez ambony. W dalekiej dali słychać było strzały polujących myśliwych. Nasi życzliwi i uprzejmi Koledzy wypuszczali na wabia Koleżanki ubrane w czerwone kubraczki, z zapewnieniem, że tak ubarwionego zwierza żaden, nawet nietrzeźwy myśliwy nie ustrzeli.



    Powęszyliśmy z pół godziny dookoła ostatniej strzałki, dochodząc w końcu do konsensusu, że należy opracować strategiczny plan B. Zweryfikowaliśmy swoje położenie z mapą i odszukaliśmy w terenie znaki szlaku, za którym podążyliśmy ku Siedliskom. Po drodze mijaliśmy znane i mniej nam znane atrakcje turystyczne, stare krzyże, kapliczki, itp.



    Wędrując do Siedlisk z nowego kierunku natrafiliśmy na kapliczkę – obraz owiany nie znaną dotychczas przez nas legendą.
    Potem tradycyjnie skierowaliśmy kroki pod „Kapliczkę na wodzie”, gdzie ikona św. Mikołaja i MB Sokalska przy źródłach Prutnika. Ławica rybek, ruchliwa niczym buzujący w źródłach piaseczek przykuła na dłużej naszą uwagę. Płatki pierwszego śniegu oderwały nasze oczy i poniosły nas dalej ku cerkwi i muzeum. Niestety zamknięte jedno i drugie. Tuż przy wiacie, pod starą cerkwią zatrzymaliśmy się znów na chwilkę, by pokrzepić nie tylko ducha, ale i ciało.



    Siedliska niemniej, właśnie tego dnia, okazały się być niezwykle gościnne dla strudzonych wędrowców. Trafiło nam się bowiem, jak przysłowiowej ślepej kurze ziarno. Zadbał o to z pewnością święty Hubert. Dobrze jest mieć układy ze świętymi. Ten akurat, ma swoją ostoję w Siedlskach przy kapliczce ś. Huberta, na polance wyrosłej dębami po dawnych zabudowaniach podworskich Sapiehów.
    Powykręcane konary dębów rysowały złowrogie kształty na tle nieba już z daleka. Przyzywał nas sygnał myśliwskiego rogu. Czy grano sygnał „Przywołanie kobiet”? Wszak w naszej niewielkiej grupie wędrowały aż trzy niewiasty. Może grano sygnał „Zając na rozkładzie”? – wszak kicał przy nas także Zajączek. Może grali niezwykłe i pradawne „Halali”? Najbardziej prawdopodobne było jednak „Pożegnanie”.



    Z oddali płonęły myśliwskie pale wbite na obrzeżach pokotu. Na świerczynie ułożona zwierzyna odbierała myśliwskie przeprosiny i honory. Altana wypełniona gwarem myśliwych i naganiaczy (ustawiona, czyżby doraźnie, przez Lasy Państwowe) przyciągała nas do siebie ciepłem płonącego ogniska. Zaproszono nas, by ogrzać się ciepłem i strawą. Ta myśliwska grochówka była najcudowniejszym posiłkiem rajdowym.



    Mając umówiony i zapewniony transport z Siedlisk do Werchraty mogliśmy sobie pozwolić na tych kilka chwil zapomnienia. Z niewyczerpanymi tego dnia siłami, puściliśmy się w ciemność z latarkami na umówione spotkanie z przyjaciółmi, którzy mieli nas zgarnąć. Szybko doszliśmy drogą z Siedlisk do majaczącego już w oddali światełkami przejścia granicznego w Hrebennem. Nasi zmotoryzowani przyjaciele też kierowali się w tę stronę. Subaru Ljanka i Dziubkowe podwody przewiozły nas prosto na „Rubinowe” pierogi. Nie było końca wspólnym opowieściom przy narolskiej biesiadzie i posiadzie w Werchracie.



    Była wreszcie okazja do wymiany wrażeń miezy obiema grupami. Jak się okazało, nasze trasy na bardzo długim dystansie pokrywały się. Grupa pierwsza dodatkowo dotarła do miejsca po dawnej wsi Horaj, a przede wszystkim zamknęła pętelkę powracając z Siedlisk przez Prusie do Werchraty!