Majówka w Majdanie

    Na to spotkanie Zając zapraszał nas od dawna. Miała być wiosna, miała być piękna pogoda, miał być Majdan Sopocki. Wszystko się spełniło. Dopisały przy tym świetne humory. Zabawiliśmy w gościnnym ośrodku u Zająca przez dwa dni. Pierwsi goście pojawili się w umówionym miejscu już w piątek. Dzięki pracowicie spędzonemu wieczorowi, nazajutrz reszta uczestników spotkania podejmowana była wręcz po królewsku.

    W sobotni poranek, przy pięknej, słonecznej pogodzie, kilkunastoosobowa grupka amatorów wędrówki wyruszyła na szlak. Zatrzymaliśmy się w kościele w Majdanie, gdzie ksiądz proboszcz opowiedział nam jego historię. Udaliśmy się również na miejscowy cmentarz, gdzie odnaleźliśmy wiele interesujących nagrobków.
    Słońce przypiekało coraz mocniej, toteż z wielką radością zanurzyliśmy się w cień lasu. Szlak wiódł nas malowniczą doliną Sopotu. Nie spiesząc się zbytnio, mogliśmy spokojnie delektować się otaczającą nas przyrodą.
    Nadspodziewanie szybko dotarliśmy do Hamerni, gdzie oprócz figury św. Jana Nepomucena czekali na nas kolejni rajdowicze. Wspólnie odbyliśmy spacer po Czartowym Polu. Oczywiście wysłuchaliśmy legendy o tym miejscu, chętni skorzystali z odpoczynku na siodełku czarownic. Każdy z nas zapewne wiele razy odwiedzał to miejsce, co nie przeszkadza zupełnie w podziwianiu najpiękniejszych przełomów rzeki Sopot.
    Czartowe Pole nosi swą nazwę nieprzypadkowo. Okazuje się, że nie tylko o północy mogą dziać się tutaj przedziwne rzeczy. My dotarliśmy w samo południe, powitały nas groźne pomruki zbliżającej się burzy. Zgodnie jednak z zapewnieniami organizatorów rajdu nie miało nam nic grozić. I rzeczywiście, do końca naszej wędrówki, pomimo gęstniejących na niebie ciemnych chmur, nie spadła na nas ani jedna kropla deszczu.
    W drodze powrotnej na dłużej zatrzymaliśmy się w Nowinach. Odpoczęliśmy przy malowniczym źródełku, obejrzeliśmy również pięknie odnowioną figurę w środku wsi. Troszkę dalej pozwoliliśmy sobie nawet na moczenie nóg w strumieniu.
    Po powrocie do Majdanu czekała nas prawdziwa uczta przygotowana przez Małgosię i Zająca. Dla najwytrwalszych piechurów ciągle jeszcze było mało. Urządziliśmy zatem jeszcze jeden wieczorny spacer.
    Wieczorem zapłonęło ognisko i długo w noc nad zalewem niosły się piękne śpiewy. Nie przeszkodziło to miłośnikom porannych spacerów...
    W niedzielę nikt nikogo do niczego nie zmuszał. Każdy wstał, o której chciał! Jak jedni wracali ze spaceru, inni szli na spacer. Jak jedni wstawali, inni szli spać znowu. Ktoś pobiegł na mszę do kościółka, ktoś zrobił wypad nad zalew, inni woleli huśtawki za domkiem. Śniadanie na raty, kawa z ciastem lub pyszne kanapki naszych niezawodnych Koleżanek, czasem jakaś tabletka od bólu głowy i wszystko wracało do normy. Zajączek miał plany. Chętnie z nich skorzystaliśmy i obeszliśmy Zalew po drugiej stronie tamy. Bardziej dziko tam. Bobry dokazują na całego. Mała wysepka ze sterczącymi sosnami malowniczo wpisała się w pejzaż rozlewiska zalewowego.
    Spacer okazał się bardzo przyjemny. Wędrowaliśmy za znakami czarnego szlaku, tuż, tuż nad brzegiem rozlewiska, od którego napływający chłód równoważył wzmagający się skwar. Bobry i po tej stronie strugały drzewa w zapałki.
    Po drugiej stronie zalewu grzmiało złowrogo. Kiedy dochodziliśmy do campingu zaczynało już padać i strzelać piorunami. To była przyjemna odmiana dla roślin i dla nas od dwudniowego skwaru. Potem obiadek i pomału zaczęliśmy się zbierać do odjazdu.