ROCHowisko i SZURowisko

    6 marca 2010 r. około godziny 17-tej stawiliśmy się, prawie jako pierwsi, na parkingu przy Ośrodku Wypoczynkowym Energetyk w Krasnobrodzie. Wyprzedził nas tylko Drwalik. Pogoda była piękna, lekki mrozik, słoneczko przebijało się na niebie, a dokoła drzewa i śnieg. Zapowiadało się wybornie!

    Po kilku minutach pojawiły się następne auta. Okazało się, że chętnych na tę imprezę przyjechało 14-cie osób, a wśród nich szacowny organizator CEZ. Po miłym przywitaniu i zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć, Drwalik zaskoczył miłą niespodzianką Delphi, wręczając jej nagrodę za rozwiązaną zagadkę. W oczekiwaniu na trzyosobową grupę z Cieszanowa, udaliśmy się na wcześniej wynajętą kwaterą przy ul. Sosnowej. Tam właśnie impreza nabierała rozpędu. Nikomu nie zamykały się usta, gdyż w gronie tak fajnych ludzi, każdy miał coś do powiedzenia. Szczególnie chcemy podkreślić interesujące opowieści Zbyszka. On to potrafi opowiadać!

    O godz. 18 dotarła w końcu grupa z Cieszanowa i mogliśmy wyruszyć w drogę do Kapliczki św. Rocha. Niesamowicie rozgwieżdżone niebo, a zwłaszcza konstelacja Oriona. Dookoła mrok, las i pełno śniegu. Wszystko to stwarzało wspaniałą aurę dla naszej wyprawy. W tak w miłej atmosferze, rozgaworzeni i weseli po kilku krótkich postojach dotarliśmy do celu. Kapliczka św. Rocha nocą wyglądała jakby inaczej, tajemniczo i zjawiskowo, wśród okalających ją drzew. Warto to zobaczyć! Na miejscu zapaliliśmy znicz dla upamiętnienia powstańców styczniowych walczących tutaj z Moskalami w dniu 24-go marca 1863 r. Chwila zadumy, refleksji nad tym miejscem i zaczęliśmy robić pamiątkowe zdjęcia. Delphi, z wielkim poświęceniem fotografowała nas, leżąc na śniegu.

    Kolejnym punktem naszej eskapady było ognisko. Przy ognisku jak zawsze wspólne rozmowy, śpiewy, dobre jedzonko, a w szczególności słynne już „boczusie Ceza” wprowadziły uczestników we wspaniały nastrój. Nie bez znaczenia był też łyczek czegoś mocniejszego. Dodatkowo uradowało nas dołączenie do grupy nowego uczestnika Sachaja, który wcześniej był na spotkaniu z Wojciechem Cejrowskim w Zamościu. Nikt do niego nie miał żalu za spóźnienie. Miłe było to, że nas odnalazł w środku lasu. Dzięki niemu liczba uczestników spotkania wzrosła do 18 osób. Mimo dobrej zabawy, wspaniałych nastrojów czas nie był naszym sprzymierzeńcem i nieubłaganie płynął. Musieliśmy wracać! Powrót nocą wśród drzew sprawiał ogromną przyjemność. Leśne spacery o tej porze mają swój niecodzienny urok, zwłaszcza z GTR-em.

    Część grupy tzn. Sosenka z Foxem, Delphi, Omega z Rodzinką, Zbyszek z Hanią pojechali do domu, a reszta grupy nocowała w Krasnobrodzie. Na następny dzień zaplanowana była wycieczka na Szur. Po śniadaniu rozstaliśmy się z Lojnikiem, a do grupy dołączyli z nową energią następni uczestnicy wyprawy tzn. Zając z Gosią i grupa Cieszanowska - Palestyna, Monika, Smakowisko i Tosiek. W takim składzie pod przewodnictwem Ceza ruszyliśmy w drogę. Podobnie jak wczoraj dopisywały nam humory i czternastokilometrowy spacer sprawił każdemu frajdę. Po drodze mijaliśmy oryginalną kapliczkę w kształcie domku, jedyną w swoim rodzaju, wielką lipę (pomnik przyrody) i rozglądaliśmy się za chatami z bali na nasz konkurs „Chata na Roztoczu”, którego pomysłodawcą[nbsp] był obecny z nami Tosiek. Tak jak na każdym rajdzie, były i śmieszne zajścia: panowie szukali jemioły, bo zbliżał się Dzień Kobiet, kobietki szukały kotków do przytulania, a cała grupa śpiewała nową przewodnią pieśń „Marchewkowe Pole”. Tego dnia pod wielkim urokiem roztoczańskiego krajobrazu byli „wyjątkowi romantycy” - Drwalik i Smakowisko, którzy od czasu do czasu spowalniali naszą grupę idąc na końcu. Natomiast bardzo aktywnym uczestnikiem był Zając, który proponował grupie dodatkowe kilometry do przejścia. Po przebyciu naszej trasy, która niestety odbyła się w dość wietrznej pogodzie, troszkę zmarznięci podążyliśmy do ulubionej krasnobrodzkiej knajpki „Kmiecic”, gdzie mogliśmy zjeść coś gorącego. Jak to zwykle bywa po posiłku, siedząc w ciepłym pomieszczeniu nie wszystkim chciało się ruszać dalej, czyli na Belfont. Zmęczenie zwyciężyło i „Kmiecic” stał się ostatnim punktem tej wyprawy. Po pełnym wrażeń dwudniowym wypadzie rozstaliśmy się z przekonaniem, że nie jest to ostatni raz i znów wkrótce ruszymy dalej!

    Dziubki